Vinceś Mudroŭ
THE SUN ALSO RISES*
Užo j nia pamiataju — chto mnie daŭ tuju knižku. Tanklavuju dziethizaŭskuju knižku z puškom na vokładcy i šychtom niaroŭnych litaraŭ: «Starik i morie»...
Čytajučy historyju ab kubinskim rybaku, ab jahonym zmahańni ź vielizarnaj mieč-rybaj, ja, navapołacki škalar, upieršyniu adčuŭ — jaki mizerny čałaviek u paraŭnańni ź biazdonnaj hłybinioj akijanu, i jak samotna jamu pad vysokimi zorkami.
Heta potym ja pračytaŭ «Śmierć hieroja» Ołdynhtana, «Tryjumfalnuju arku» Remarka, «Čužanicu» Kamiu, «Majstra i Marharytu» Bułhakava, «Za škłom» Miorla i zrazumieŭ, što Meksykanskaja zatoka — nie adzinaja pryhožaja miaścina ŭ śviecie, a Hem — daloka nie apošniaja staronka suśvietnaj litaratury. Ale tady, prykancy šaścidziasiatych, maim kumiram byŭ Heminhuej, i ja ŭračysta ŭmacavaŭ nad piśmovym stałom partret — toj samy, dzie E.H. u švedry hrubaha viazańnia — pieršaha i, jak zdavałasia, apošniaha pieśniara imklivaha Halfstrymu.
Uzimku 71-ha, padčas vakacyjaŭ, ja haściavaŭ u ciotki, što žyła ŭ Piciery, i za piać dzion, nie vychodziačy z kvatery, pračytaŭ try tamy heminhuejeŭskaha čatyrochtomnika (ciotka pracavała buhaltarkaj u kniharni i ŭ jaje było šmat cikavych i redkich na toj čas knih). Adnu taminu pračytać nie paśpieŭ i ŭziaŭ z saboj u darohu. U ciahniku, jak tolki raźvidnieła, panuryŭsia ŭ čytańnie. Za voknami płyli źniaviečanyja zimovaj adlihaj krajavidy, nad hałavoj zaciata chrop žaŭnier terminovaj słužby, nasuprać, la noh svajho dzicionka, siadzieła raskudłačanaja ciotka, jakaja ad samaha ranku jeła krutyja jajki, poŭniačy prastoru nievynosnym jaječnym smurodam, dva dziadźki z susiedniaha kupe raz za razam prasili ŭ ciotki konaŭku, a taja nie davała, pramaŭlajučy adnu i tuju ž frazu: «Eta dla rybionka», pryspanaja pravadnica hrymieła pustymi plaškami, niezadavolena bubnieła na dziadźkoŭ: «Pjanicy niaščasnyja», a ja, vodziačy nosam pa staronkach, čytaŭ ščymlivy raman pra kachańnie lejtenanta Frederyka j medsiastry Kietryn. Ciahnik praminuŭ stancyju Byčycha — miaścinu, dzie naradziłasia maja maci — i ŭ tuju ž chvilinu, upieršyniu ŭ žyćci, u dušy naradziłasia piakučaja kryŭda za matčyn kraj, u jakim, jak u vapnavaj jamie, daharali mova, viera i pamiać, dzie sinim vahniom zhareli cerkvy i kaścioły, mahnackija zamki i sialanskija chaty, śviatyja abrazy i staradruki, dziedaŭskija harščki i babčyny vyšyvanki, pajšli dymam honar i sumleńnie, śmiełaść i mužnaść, dzie zhareli lepšyja ludzi, a tyja, što zastalisia, kieškalisia na dnie jamy, pili «Sancadar», hrymieli pustymi plaškami, chadzili na demanstracyi, vyrakalisia ŭsiaho śviatoha, pisali zajavy ab pryjomie ŭ KPSS, stavili pomniki ludažeram, stajali ŭ biaskoncych čerhach, śmiardzieli krutymi jajkami i zakarełymi škarpetkami, scali na staražytnyja mury, zavichalisia na prysiadzibnych dzialankach, pacichu raskradali savieckuju dziaržavu, nienavidzieli čechaŭ, amerykancaŭ i hebrajaŭ i, prychoŭvajučy kiemlivuju sialanskuju ŭśmiešku, bili ŭ ładki kramloŭskim vaładaram.
...Medsiastra Kietryn pamierła padčas rodaŭ, i ja z uzdycham pakłaŭ knižku ŭ torbu; žaŭnier pakinuŭ chrapści i z vokličam «Oj, bla-a» źviesiŭ dołu śmiardziučyja nohi; pravadnica prabiehła pa vahonie, šmatkroć praharłaŭšy «Zdavajcie paścieli!» i ŭ hety zorny mih ciahnik tuzanuŭsia, matlanuŭsia na strełkach i zapavoliŭ chadu. Ciahnik nabližaŭsia da stancyi Viciebsk, a duša maja, tuzanuŭšysia pad dychnicaj, pačała ad toj chvili niaŭmolna nabližacca da svajoj hałoŭnaj stancyi, na jakoj daŭno ŭžo nie zatrymlivalisia dušy tutejšych ludziej, i jakaja nasiła hruvastkuju nazvu Biełaruščyna.
Doŭhich čatyry miesiacy ja žyŭ pad uražańniem heminhuejeŭskaj prozy. Mnie prahłasia pabačyć dalokija krainy, mnie karcieła, pa prykładu staroha Santjaha, łavić tuncoŭ i marlinaŭ, siadzieć u paryskaj kaviarni «Selekt» i pić kaktejl «Džek roz», lažać u cieniu raskidzistaha baababa i nieadryŭna hladzieć na biełuju šapku Kilimandžara. I voś u traŭni moj siabar Tolik Rybikaŭ paprasiŭ dapamahčy vynieści z padvała jahonaha domu roznaje łamačča dy niepatrebny chłomazd. Chłomazd my vynieśli, zvalili ŭ kuču i stali čakać śmiećciavozu. Kab zaniać niečym ruki, a razam ź imi i vočy, ja ŭziaŭ z kučy prapachłuju padvalnaj ćvillu chrestamatyju pa biełaruskaj litaratury. Razharnuŭ jaje ź źmiašanym pačućciom ahidy i ździŭleńnia: u škole, nibyta, biełaruskuju litaraturu vyvučaŭ, a voś chrestamatyju bačyŭ upieršyniu. Prykryŭšy dałanioju poziech, pračytaŭ vieršyk Adama Hurynoviča, paziachnuŭ jašče raz i tut voka začapiłasia za epihraf: «De la musique avant toute chose». Vierš byŭ biaz nazvy i nahadvaŭ Tarasa Šaŭčenku. «Pa-nad biełym pucham višniaŭ, byccam sini ahaniok...» Vočy prabiehlisia pa vieršavanych radkach i prymružylisia: ja pračytaŭ vierš paŭšeptam i adrazu ž zapomniŭ na pamiać. Tut ža ŭ chrestamatyi byli «Viečar na zachadzie ŭ popiele tušyć...», «Dobraj nočy, zara-zaranica!», «Pryviet tabie, žyćcio na voli!» i, narešcie, «Zorka Venera ŭzyšła...» Maksimavy vieršy paprostu ašałamili. Ja ich čytaŭ, potym pieračytvaŭ; jany hučali ŭva mnie, zahłušajučy ŭsie navakolnyja zyki: syhnały śmiećciavozki, hamanu ciotak la padjezdu, brazhat viodraŭ i siabrukovy voklič: «Nu što ty tam, ciahni śmiećcie!» Mianie apanavała Biełaruś. Nie, nia taja Biełaruś, dzie ja naradziŭsia i žyŭ, a dziŭny kraj rusałak i lesunoŭ, źmiainych caroŭ i vadzianikoŭ, załatych ahnioŭ i sinich vałošak. Mianie apanavaŭ toj kraj, dzie žyli Maksim i Veranika, dzie tnuli ŭ nieba viežy kaścioła śviatoj Hanny i zichcieli latarni, dzie lotali važkija chruščy j zialonyja muški, dzie kuvała ziaziula i źvinieli bomy, lohkimi chmarkami napłyvaŭ viečar i nad ziamloju, pracinajučy sercy zakachanych hojstrymi dzidami promniaŭ, uzychodziła zorka Venera. Kruhahlad majoj dušy, u jakoj nie chapała adnaho sehmentu, nabyŭ zavieršanuju formu.
Što heta było? Vypadkovy ideał maładości? Forma pratestu suprać idyjatyzmu žyćcia? Sproba praryvu z zamknionaj prastory ŭ biaźmiežža virtualnaha śvietu, umoŭna nazvanaha Biełarusiaj? Ciažka skazać, ale voś užo amal tryccać hadoŭ ja cialopkajusia na niabačnaj miažy pamiž reałam dy virtuałam, zachrasnuŭšy tam namiortva, nie prydbaŭšy ničoha, aproč chvarobaŭ, adčuvajučy rozumam, što nijakaj Biełarusi niama, što heta prydumka paetaŭ i letucieńnikaŭ — niaščasnych ludziej, što skončyli žyćcio na čužynie, na ślapučym kałymskim śniezie, u ciamnoćci varkucinskich kapalniaŭ i ŭ Kurapatach. I ŭsio adno, u chviliny horkich žalaŭ, pačuŭšy nazołuju frazu: «Na što ty pakłaŭ svajo žyćcio?» albo pastajaŭšy ŭ čarzie ź viečna pjanymi mužykami i padpitymi babami, jakich ci to žartam, ci to pa złoj hironii nazyvajuć biełaruskim narodam, ja dastaju z knižnaj palicy kupleny ŭ traŭni 1971 hoda dvuchtomnik i ściarožka razhortvaju pieršy tom. Jon zaŭsiody razhortvajecca na tryccataj staroncy i ŭvačču milhaciać da bolu znajomyja radki: «Sonca cicha skaciłasia z horki, miesiac bieły, zapłakany śviecić...» I serca kožnaha razu poŭnicca ci to sumam, ci to cichaj radaściu. I kožny raz z dušeŭnaj palohkaj ujaŭlaješ, što ty nie samotny, što jość sotni, a mo' j tysiačy takich ža letucieńnikaŭ, jakich taksama hreje sonca maksimavaj paezii, i ŭ pamiaci kožnaha razu ŭspłyvaje nazva pračytanaha koliś ramana, jaki tak pryhoža hučyć na movie aryhinału: «The Sun Also Rises».
* I ŭzychodzić sonca (anh.)
Kamientary